Unai Emery w Arsenalu – progres czy stagnacja?

Foto: Pixabay (edytowany)

W maju ubiegłego roku londyński Arsenal ogłosił światu, że następcą Arsene’a Wengera na stanowisku menedżera zespołu będzie Unai Emery – hiszpański trener znakomicie kojarzony w Sevilli i już nie aż tak sympatycznie w Paryżu. Kilka tygodni za półmetkiem sezonu to niezły moment na ocenę tego, jak przebieg rozgrywek weryfikuje dotychczasową pracę Hiszpana na Emirates Stadium.

W poprzednim sezonie Premier League, Arsenal po 25 kolejkach miał na koncie 42 punkty i zajmował szóste miejsce w tabeli. Obecnie Kanonierzy mają uzbieranych 47 oczek co przekłada się na tę samą szóstą lokatę w lidze. Posługując się tymi suchymi danymi nie mamy zatem prawa zaprzeczyć temu, że pewien postęp jest. Pytanie na ile skala progresu może zadowalać kibiców 13-krotnych mistrzów Anglii? Co bardziej wymagających i niecierpliwych z pewnością nie zadowala ani trochę.

Długość kontraktu Hiszpana z Arsenalem wynosi trzy lata i właśnie przez pryzmat potencjalnie minimum trzyletniego projektu należy spoglądać na efekty działań Emery’ego w północnym Londynie. Porównywanie jego misji do wyzwania przed jakim stawał David Moyes obejmując Manchester United jest nie do końca trafione. Oczywiście, analogia w postaci bycia następcą menedżera, który spędził w klubie całą epokę i odcisnął na nim gigantyczne piętno nasuwa się sama. Zasadnicza różnica polega na tym, że Szkot odziedziczył zespół, który zdobył tytuł mistrza Anglii i odnosił regularne sukcesy przez kilka wcześniejszych sezonów. Hiszpan dostał w spadku drużynę mającą za sobą lata raczej niepowodzeń i frustrujących rozczarowań aniżeli osiągnięć -nie licząc trzech triumfów w Pucharze Anglii – i znaną z rachitycznej mentalności eksponowanej w chwilach największych wyzwań. Wprowadzenie do klubu nowej jakości i odzyskanie mentalności zwycięzców to proces, który musi potrwać.

Problem z recenzją tego jak Emery’emu wychodzi ów proces na obecnym etapie jest… spory. Jeszcze dwa miesiące temu wydawał się on mniejszy i niestety z perspektywy Hiszpana dlatego, że wtedy sprawy przedstawiały się korzystniej dla niego. U progu grudnia Arsenal w imponującym stylu przy pulsujących z ekscytacji trybunach własnego stadionu ograł 4:2 Tottenham – odwiecznego rywala zza miedzy. To miał być pokaz nowego Arsenalu autorstwa Emery’ego, którego swoistą twarzą nazwano Lucasa Torreirę. Kanonierów w tamtym spotkaniu cechowały entuzjazm, energia, agresywny i wysoki pressing oraz pasja i koncepcja przy konstruowaniu akcji ofensywnych. Nawet nieoczekiwane wyjście na prowadzenie 2:1 Tottenhamu przed przerwą nie wpłynęło na nastawienie Arsenalu do gry. Wprost przeciwnie – Kanonierzy na drugą odsłoną wyszli jeszcze mocniej naładowani i strzelili trzy gole nie tracąc żadnego.

Teoretycznie po tamtym meczu kiedy eksperci na Wyspach piali z zachwytu nad „nowym Arsenalem” zespół powinien iść na fali tymczasem w jego postawie coś jakby się zacięło i ostatnie tygodnie do złudzenia przypominają Arsenal ze schyłkowego okresu Wengera, czego najbardziej dobitną ilustracją były porażki 1:5 z Liverpoolem (kibicom The Gunners natychmiast w pamięci nasunąć mógł się sławetny dla nich wyjazd na Anfield z lutego 2014 roku) oraz 1:3 z Manchesterem United w FA Cup, gdy Czerwone Diabły w klasyczny w swoim wydaniu sposób z ostatniej dekady na Emirates Stadium defensywę gospodarzy rozmontowały przede wszystkim kontrami. Wyjątek stanowi tu wygrana 2:0 nad Chelsea w derbach w których Arsenal z dużym zaangażowaniem i skutecznością atakował w pierwszej połowie a także pewnie kontrolował przebieg wydarzeń w drugiej połowie. Niedzielny mecz przeciwko Manchesterowi City znów przypominał typowy Arsenal w obliczu poważnych testów z ostatnich lat. Koszmarna niefrasobliwość na samym starcie meczu, potem co prawda wyrównanie i nawet całkiem niezła gra tyle, że znowu stracona bramka w fatalnym momencie, czyli tuż przed gwizdkiem na przerwę. Drugie 45 minut zostało oddane praktycznie bez podjęcia rękawic. Sergio Aguero skompletował hat-tricka a podopieczni Pepa Guardioli mogli się poczuć jak w pojedynku z co najwyżej ligowym średniakiem. W pomeczowych wypowiedziach Emery nie krył faktu, że City wyglądało jak drużyna na innym, wyższym poziomie do którego Arsenal póki co próbuje jedynie aspirować.

Po otrzymaniu posady trenera Arsenalu, Emery jako główne pryncypia swojej futbolowej filozofii wymieniał dążenie do jak najdłuższego posiadania piłki oraz wysoki, intensywny pressing. Średnie posiadanie piłki przez Kanonierów w tym sezonie Premier League, owszem, znacząco przekracza 50% ale spośród ekip tzw. Big Six tylko Manchester United ma je na niższym poziomie. Kluczowy czynnik efektywności w rozgrywaniu piłki pozostawia wiele do życzenia, bowiem 12 miejsce w klasyfikacji oddanych strzałów świadczy o kłopotach z kreowaniem pozycji strzeleckich. W przypadku wspomnianego pressingu wielokrotnie widać, że Emery wymaga go od zawodników w znacznie większym stopniu niż Wenger, niemniej wciąż Arsenalowi w tym elemencie jest daleko do Liverpoolu Kloppa czy Manchesteru City autorstwa Guardioli. Tylko cztery zachowane czyste konta w 25 do tej pory rozegranych kolejkach wystawiają kiepskie świadectwo grze obronnej.

Nastroje kibiców Arsenalu w perspektywie najbliższej przyszłości rozumianej przez miesiące pozostające do zakończenia sezonu mogą być średnio optymistyczne. Sytuacji nie poprawiają kontuzje w defensywie i odejście z klubu Svena Mislintata, który ponoć w przeciwieństwie do Emery’ego był zwolennikiem zatrzymanie w północnym Londynie niemal za wszelką cenę Aarona Ramseya. Walijczykowi kończy się kontrakt i w związku z brakiem satysfakcjonującej go oferty nowej umowy prawdopodobnie przeniesie się on do Juventusu. Konkurencja o miejsce w czwórce na mecie sezonu Premier League jest ogromna i niezwykle wyrównana, a Arsenal w tej chwili wcale nie jest faworytem w tej rywalizacji. Alternatywna ścieżka powrotu do elitarnej Ligi Mistrzów wiedzie przez zwycięstwo w Lidze Europy. Te rozgrywki były specjalnością Emery’ego gdy prowadził Sevillę, lecz i w nich nie brakuje mocnych rywali więc w aktualnej formie Arsenalowi tutaj także będzie ciężko o triumf. Jednak nawet zakładając, że Kanonierzy nie zdołają uzyskać awansu do Champions League, w przyszłym sezonie, jak pisałem wcześniej, projekt Emery’ego należy rozpatrywać z cierpliwością trwającą dłużej niż jeden sezon i dwa okienka transferowe w tym jedno zimowe.

TEKST: DANIEL CIEŚLIK

Radosław Kępys
O Radosław Kępys 668 artykułów
Sport to moja pasja od najmłodszych lat. Nie ma dla mnie ograniczeń - poza najpopularniejszymi sportami, pasjonuję się też letnimi i zimowymi igrzyskami olimpijskimi i na mniej popularne dyscypliny spoglądam często z tej perspektywy.

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*