Trzy wielkie spektakle, czyli finały Ligi Mistrzów, których zwykły kibic nie powinien zapomnieć

foto: Flickr

Już jutro kolejny finał piłkarskiej Ligi Mistrzów. To dobra okazja, by trochę powspominać, bo miniony tydzień przyniósł nam trzy rocznice pewnych bardzo szczególnych decydujących meczów w tych rozgrywkach. Mowa o meczu Manchester United – Bayern Monachium (1999), Liverpool – Milan (2005) i Real Madryt – Liverpool (2018).

Mecz, który pokazał, że w futbolu trzeba grać do końca

26 maja 1999 roku – na słynnym Camp Nou odbywa się finał Champions League, w którym naprzeciw siebie stają Manchester United i Bayern Monachium. Ci pierwsi w składzie mają takie gwiazdy, jak Peter Schmeichel, David Beckham, czy znakomity duet napastników Dwight Yorke i Andy Cole. Drudzy – poza Samuelem Kuffourem – na mecz finałowy wychodzą w składzie złożonym w stu procentach z niemieckich zawodników – Oliver Kahn, Lothar Matthaus, Stefan Effenberg, Carsten Jancker – to tylko część z wymienionych, których kibice pamiętający tamto widowisko mogą darzyć sentymentem.

Mecz obserwuje ponad 90 000 widzów, a sędzią spotkania jest słynny Pierluigi Collina. Jest 6. minuta i rzut wolny dla Bayernu Monachium. Do piłki podchodzi Mario Basler i uderza – bez szans dla Petera Schmeichela. Mimo, że to United jest faworytem tego meczu, zaczyna się od zaskoczenia. I ono trwa i trwa i trwa – przez całą pierwszą połowę, a potem kolejne 45 minut drugiej. Manchester bije głową w mur, ale w doliczonym czasie gry przebija go i to dwukrotnie. Zarówno Teddy Sheringham, jak i Ole Gunnar Solskjaer to jedyni wprowadzeni w tamtym meczu zawodnicy przez Sir Alexa Fergusona. Obaj w doliczonym czasie gry zdobywają decydujące gole, co tylko może ukazywać geniusz trenerski Szkota. Po tym meczu każdy wiedział, że będzie on wspominany przez wiele, wiele lat i że w futbolu generalnie… dopóki nie usłyszysz gwizdka sędziego – musisz grać do końca bez względu na wynik. Przez lata mówiło się potem, że Bayern „wylądował na kolanach”.

Stambuł, remontada Liverpoolu i Dudek dance

Idziemy sześć lat do przodu. Jest 25 maja 2005 roku. Na Ataturk Olympic Stadium w Stambule dzieją się rzeczy wręcz niebywałe – coś, co fanom futbolu – tym kibicującym w tamtym finale Liverpoolowi, jak i tym, którzy całym serce są na Milanem – nie mogło się przyśnić w najbardziej emocjonujących snach. W składzie Włochów – Dida, Paolo Maldini, Gennaro Gattuso, Andriy Shevchenko. Po stronie „The Reds” – Jamie Carragher, Steven Gerard, Harry Kewell czy Milan Baros. Spotkanie ogląda niespełna 70 000 ludzi, a jako główny arbiter – Hiszpan Manuel Mejuto Gonzalez.

Mecz zaczyna się bajecznie dla Włochów. Już w pierwszej minucie gola zdobywa Paolo Maldini, jeszcze przed przerwą na 3:0 dwoma trafieniami podwyższa Hernan Crespo. Milan jest w niebie, o krok od wspaniałego kolejnego sukcesu, którym jest zdobycie pożądanego w Europie trofeum Ligi Mistrzów. Nic z tego – trener Liverpoolu – Rafael Benitez w przerwie tak motywuje swoich zawodników, że wychodzą oni na drugą połowę, jak wygłodniałe wilki – szybko gryzą trzy razy. Steven Gerrard, Vladimir Smicer i Xabi Alonso zdobywają trzy gole w ciągu… sześciu minut i jest remis. Tak sytuacja zostaje do dogrywki.

Pod koniec jej trwania widzimy pierwszy (ale nie ostatni) błysk geniuszu Jerzego Dudka. Polski bramkarz zalicza fenomenalną paradę po dwóch strzałach Andriya Shevchenki i chroni swój zespół przed porażką w finale Ligi Mistrzów. Potem przychodzą rzuty karne – też do wspominania na lata. Jerzy Dudek peszy rywali swoim słynnym dynamicznym tańcem na linii bramkowej. Przez to mylą się Serginho, Andrea Pirlo oraz w ostatniej kolejce wspomniany Shevchenko. Wszystkie strzały broni Dudek, a po ostatnim z nich Polak ląduje w objęciach kolegów, którzy wiedzą, że w tamten wieczór polskiemu golkiperowi zawdzięczają bardzo wiele.

Liverpool tym razem we łzach i z antybohaterem na bramce

26 maja 2018 – o ile pierwsze dwa opisywane finały odbywały się w środę, tak od paru lat najważniejszy mecz sezonu w klubowej piłce nożnej odbywa się w sobotę. Mający na koncie dwa triumfy z rzędu Real Madryt gra z Liverpoolem. Po stronie „Królewskich” – Sergio Ramos, Luka Modrić, Karim Benzema, ale przede wszystkim Cristiano Ronaldo. W Liverpoolu największą furorę robi brazylijsko-senegalsko-egipski napad – Roberto Firmino, Sadio Mane, Mohamed Salah. Na NSC Olimpiyskiy Stadium w Kijowie zasiada ponad 60 000 widzów. Sędziuje Serb Miloarad Mazić.

Jesteśmy na kilka tygodni przed Mundialem. Stąd pierwsze poważne wydarzenie meczu robi ogromne zamieszanie. Ścierają się w pozornie niegroźnej sytuacji Ramos i Salah. Hiszpan przy bezpośrednim kontakcie w walce o piłkę zakłada „blokadę” na rękę Egipcjanina i pociąga go do dołu. Uderzenie powoduje uraz barku, przez który napastnik Liverpoolu musi zejść z boiska, a potem z napięciem czekać, czy zdąży na Mundial.

Mecz ustawiają jednak dwie inne sytuacje związane z bramkarzem „The Reds” – Lorisem Kariusem. Niemiec dwukrotnie sprezentował gola ekipie z Madytu – najpierw wybijając piłkę pod nogi wybiegającego z pola karnego Karima Benzemy, potem puszczając pod koniec spotkania piłkę wystrzeloną przez Garetha Bale’a między rękawicami. Gol Sadio Mane, który w tym meczu padł na 1:1 niewiele dał. Oprócz dwóch baboli Niemca, piękną bramkę zdobywa też strzałem z przewrotki Gareth Bale. W sumie cztery bramki i 3:1 dla Realu Madryt. Trzeci tytuł z rzędu w rękach podopiecznych Zinedine’a Zidane’a, ale to „dziurawe ręce” Lorisa Kariusa są wspominane po tym meczu najdłużej.

Radosław Kępys
O Radosław Kępys 858 artykułów
Sport to moja pasja od najmłodszych lat. Nie ma dla mnie ograniczeń - poza najpopularniejszymi sportami, pasjonuję się też letnimi i zimowymi igrzyskami olimpijskimi i na mniej popularne dyscypliny spoglądam często z tej perspektywy.

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*