Piłką w kalendarz: Jerzy Dudek pisze historię

foto: Flickr

Przypuszczam, że dla wielu fanów futbolu mecz finału Ligi Mistrzów sezonu 2004/2005 pomiędzy Milanem a Liverpoolem, z pewnością znajduje się w liście najważniejszych meczów, jakie miały miejsce w XXI wieku. Trudno byłoby się z taką oceną nie zgodzić. Zawierał on bowiem wszystko, co w futbolu ekscytuje i tak mocno do niego przyciąga. Ponad wszystko jest jednak dowodem na to, że zawsze można się podnieść i spróbować stać się zwycięzcą. Nie tylko zresztą w sporcie… Właśnie dlatego dziś w cyklu ,,Piłką w kalendarz” przyjrzymy się meczowi, który wymyka się niemal każdym schematom.

Można bez żadnej przesady powiedzieć, że finał Ligi Mistrzów, rozegrany na stadionie w Stambule miał iście filmowy przebieg. Mecz zapisał się na kartach historii światowego futbolu. Właśnie ze względu na okoliczności, w jakich został rozegrany. Warto byłoby jednak nieco się cofnąć i przypomnieć drogę obu zespołów do upragnionego finału.

AC Milan dość pewnie awansował z pierwszego miejsca w grupie F tamtej edycji rozgrywek, ponosząc po drodze tylko jedną porażkę. W 1/8 finału piłkarzom z Mediolanu, przyszło mierzyć się z Manchesterem United. W obu spotkaniach Włosi okazali się lepszą drużyną, wygrywając je w stosunku 1:0. Turniejowa drabinka postanowiła podgrzać emocje ponieważ na etapie ćwierćfinałów mieliśmy do czynienia z…derbami Mediolanu. Również i w tej potyczce lepsi okazali się podopieczni Carlo Ancelottiego, w dwumeczu wbijając rywalom aż pięć bramek, sami natomiast zachowując czyste konto. Rywalem, który stał na drodze piłkarzy AC Milan do finału w Stambule był zespół PSV Eindhoven. Okazało się, że to właśnie z holenderskim zespołem czekała mediolańczyków najtrudniejsza przeprawa. Wprawdzie w pierwszym spotkaniu, gospodarze po trafieniach Andrija Szewczenki i Johna Dahla-Tomassona zdołali wygrać, to spotkanie rewanżowe, było już kompletnie inną bajką. Do dziewięćdziesiątej minuty, wszystko wskazywało na to, że będziemy świadkami dogrywki. W dziewiątej minucie Park Ji-Sung zdobył gola dającego kontakt drużynie PSV. Wynik podwyższył w minucie 65 Phillip Cocu. Stało się więc jasne, że końcówka stać będzie niemal na ostrzu noża. Rzeczywiście tak było a na ostateczne rozstrzygnięcia, przyszło czekać aż do doliczonego czasu gry. W 92 minucie gości w euforię wprowadził Massimo Ambrosini, a Holendrom do awansu potrzeba było dwóch trafień. Minutę później rzeczywiście udało im się zdobyć gola, ale było to już jednak zbyt mało. AC Milan mógł się więc cieszyć z udziału w finale Ligi Mistrzów.

Jeśli zaś chodzi o Jerzego Dudka i spółkę, Liverpool awansował jako drugi zespół z grupy A. Liverpool został wyprzedzony przez AS Monaco. Pierwszym rywalem w fazie pucharowej, był dla The Reds, Bayer Leverkusen. Anglicy wygrali oba mecze 3:1 i zameldowali się w ćwierćfinale. Tam zaś sprawę awansu, rozstrzygnęło pierwsze spotkanie z Juventusem, na stadionie w Turynie, które Anglicy wygrali 2:1. Na Anfield, skończyło się tylko na bezbramkowym remisie. Do pełni szczęścia, zostały więc Liverpoolowi tylko dwa spotkania. W półfinale, okazali się oni lepsi od Chelsea Londyn. Stadion w Stambule oczekiwał więc także na drużynę z przemysłowego angielskiego miasta.

Tak oto 25 maja 2005 roku, wszystkie drogi prowadziły do Stambułu, gdzie na stadionie Ataturka, miało rozegrać się prawdziwe widowisko, obfitujące w niemal hollywoodzkie zwroty akcji i dramaturgię. Koszmar pierwszej połowy, zaczął się dla Liverpoolu niezwykle szybko. Paolo Maldini, dzięki znakomitemu dograniu w pole karne Andrea Pirlo, sprytnym strzałem już w pierwszej minucie, zdołał wyprowadzić AC Milan na prowadzenie. Minuty finałowego pojedynku mijały, a drużyna z Mediolanu tylko się rozkręcała. W 39 minucie Andrij Szewczenko płaskim dośrodkowaniem w pole karne obsłużył Hernana Crespo. Ten bez większych problemów wpakował piłkę do siatki. Już pięć minut później, ostateczny wydawałoby się cios, wyprowadził znów Hernan Crespo. Wielu kibiców  The Reds zdawało sobie chyba wtedy sprawę, że nawiązanie skutecznej walki z Milanem w drugiej połowie, przy wyniku 0:3 będzie dla Liverpoolu niewyobrażalnie trudne, jeśli w ogóle możliwe.

Po raz kolejny mogliśmy się jednak przekonać, że piłka nożna potrafi się zaśmiać w twarz każdemu kto twierdzi, że ten sport już niczym nie zaskoczy. Choć, jak wspominał Steven Gerrard, siedząc w szatni swego zespołu w przerwie meczu, był załamany, to on i jego koledzy nie poddali się, i przyczynili się do powstania historii, która inspiruje kolejne pokolenia fanów futbolu. Zresztą to właśnie sam Stevie, dał sygnał, że nie wszystko dla podopiecznych Rafy Beniteza jest jeszcze stracone. W 54 minucie po dośrodkowaniu Vladimira Šmicera, zdołał oddać bardzo precyzyjny strzał głową. Na stadionie w Stambule widniał więc rezultat 3:1. Nikt jednak nie przewidział, że to dopiero preludium do tego co miało się wydarzyć. Już po dwóch minutach Liverpool za sprawą Šmicera, zdołał nawiązać kontakt z Milanem, który zresztą w tamtym momencie, wydał się niemal sparaliżowany. Równo po godzinie gry, mieliśmy już remis. Rzut karny na bramkę zamienił Xabi Alonso. Już do końca regulaminowego czasu, nie padł żaden gol a więc potrzebna była dogrywka. W niej zdecydowanie więcej pracy miał Jerzy Dudek, a na szczyt swych umiejętności wspiął się gdy udało mu się dwukrotnie obronić strzały Andrija Szewczenki. Do wyłonienia zwycięstwa, niezbędny okazał się konkurs rzutów karnych.

Właśnie wtedy Jerzy Dudek zaskoczył wszystkich, którzy tamtego wieczoru mieli niebywałą przyjemność oglądać to fenomenalne piłkarskie widowisko. Swym niezwykłym ,,Dudek Dance” kompletnie zdekoncentrował mających wykonać za chwilę rzut karny rywali. Drogi do siatki Dudka, nie potrafili znaleźć ani Jorginho, który kompletnie przestrzelił swą próbę ani Andrij Szewczenko, którego strzał decydował o końcowych losach meczu. Rzuty karne zakończyły się więc rezultatem 3:2. Liverpool mógł zatem cieszyć się z piątego w swej historii Pucharu Europy. Niemal natychmiast po finale, w Polsce, czemu trudno się zresztą dziwić, zapanowała prawdziwa ,,Dudkomania”, a słynny taniec polskiego golkipera, już na zawsze zostanie we wspomnieniach piłkarskich kibiców.

 

Finał Ligi Mistrzów sezonu 2004/2005. 25 maja 2005 roku, Stambuł

AC Milan – Liverpool FC 3:3 (3:0) (rzuty karne: 2:3)

Bramki: 1’ Paolo Maldini, 39’, 44’ Hernan Crespo – 54’ Steven Gerrard, 56’ Vladimir Smicer, 60’ Xabi Alonso

AC Milan: Dida, Cafu, Maldini, Stam, Nesta, Gattuso (Rui Costa 112‘), Seedorf (Serginho 86‘), Pirlo, Kaká, Szewczenko, Crespo (Tomasson 85’).

Trener: Carlo Ancelotti.

Liverpool FC: Dudek, Finnan (Hamann 46‘), Traoré, Hyypiä, Carragher, Riise, Gerrard, Luis Garcia, Alonso, Kewell (Šmicer 23), Baros (Cissé 85‘).

Trener: Rafa Benitez.      

Sebastian Mamajek
O Sebastian Mamajek 83 artykuły
Piłką nożną interesuję się już od ponad 15. Jak łatwo więc policzyć "zjadła" mi ona ponad połowę życia. Od kilku głównym obiektem mojej specyficznej miłości stała się Najlepsza liga Świata, czyli oczywiście polska Ekstraklasa. Uważnie obserwuję zarówno jej lepsze, jak i gorsze momenty.

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*