Kącik angielski Daniela Cieślika: Oni są magikami [zapowiedź finału Ligi Mistrzów]

Kibice londyńskiego Tottenhamu Hotspur uważają Mauricio Pochettino za magika i głośno śpiewają o tym od kilku lat. Juergen Klopp gdy przybywał do północno – zachodniej Anglii by przejąć stery w Liverpoolu i rozpoczął od przesłania, że cała rodzina „The Reds” musi zamienić się z wątpiących w wierzących. Jeśli do niedawna na Anfield można było wciąż znaleźć jakichś wątpiących, to prawdopodobnie ostatni z nich zniknęli po epickim comebacku w półfinale Ligi Mistrzów przeciwko Barcelonie. Tak oto działa magia Kloppa. W sobotni wieczór w Madrycie czeka nas zatem starcie dwóch trenerskich magików.

Angielska dominacja w Europie

Kosmiczne pieniądze z praw telewizyjnych, spektakularna rywalizacja na boiskach i… na rynku transferowym, stadiony z reguły wypełnione po brzegi oraz niesamowita popularność na świecie. Oto jest angielska Premier League, krótko mówiąc, perfekcyjnie funkcjonująca machina marketingowa. W tej beczce miodu do niedawna znajdowała się jednak łyżka dziegciu. Premier League może i była – wciąż zresztą jest – bez wątpienia najbogatsza na świecie. Pewnie była – wciąż zresztą jest – również najpopularniejsza na świecie. Ale czy była najlepsza? Regularne upokorzenia doznawane od rywali na arenie międzynarodowej kazały na to pytanie odpowiedzieć przecząco. Aż do obecnego sezonu, który stał pod znakiem dominacji angielskich klubów w europejskich pucharach. Cztery drużyny z tego samego kraju w finałach obu europejskich rozgrywek? Tego jeszcze nie widziano. Po londyńskim finale Ligi Europy w którym Chelsea bezlitośnie wypunktowała Arsenal, trzeci zespół z brytyjskiej stolicy czyli Tottenham, stanie przed szansą na swój pierwszy, historyczny triumf w Lidze Mistrzów (Pucharze Mistrzów). Liverpool będzie chciał to zrobić już po raz szósty w dziejach, a pierwszy od 2005 roku i legendarnego finału z Milanem.

Kręta droga do finału

Po pierwszych półfinałowych spotkaniach tegorocznej edycji Ligi Mistrzów fani i eksperci wydali werdykt: z olbrzymią niecierpliwością i ekscytacją czekamy na finał imienia Johana Cruyffa. Wybitny przed laty holenderski piłkarz, a następnie trener i piłkarski myśliciel jest bowiem symbolem zarówno Ajaksu Amsterdam jak i FC Barcelony. A przed półfinałowymi rewanżami między Liverpoolem i Barcą oraz Ajaksem i Tottenhamem skład finału wydawał się być przesądzony. Wtorek 7 maja i środa 8 maja okazały się jednak dniami, które wstrząsnęły światem piłki nożnej. Najpierw Liverpool osłabiony absencjami Firmino i Salaha z nawiązką odrobił stratę 0:3 z Camp Nou, a zdobyty w absurdalnych wręcz okolicznościach gol Divocka Origiego na 4:0 po niezwykle błyskotliwie wykonanym rzucie rożnym przez Trenta Alexandra – Arnolda, trwale zapisze się w annałach futbolu. Ci którzy sądzili, że na tym koniec cudów, dobę później ponownie przecierali oczy ze zdumienia. Lucas Moura kompletując sensacyjnego hat-tricka doprowadził do rozpaczy cały Amsterdam, gdy miasto było już sekundy od wybuchu masowej ekstazy. Pierwszy dzień czerwca 2019 roku miał być hołdem dla Johana Cryffa, zamiast tego będzie świętem angielskiej piłki klubowej na hiszpańskiej ziemi… z trenerami, których filozofią gry, skądinąd Boski Johan na pewno by nie gardził. Co dodajmy nie jest najgorszą wiadomością w kontekście tego jak atrakcyjnego widowiska możemy oczekiwać.

W przypadku Tottenhamu nieodparte jest co prawda wrażenie, że Koguty do finału przedarły się nieco psim swędem. Niemal do ostatniej chwili wszystko wskazywało na to, że w ogóle nie wyjdą z grupy. Jednak w ostatniej kolejce grupowych zmagań PSV Eindhoven niespodziewanie odebrało 2 punkty Interowi Mediolan na San Siro, natomiast Tottenham zdołał w końcówce wyrównać stan meczu z Barceloną na Camp Nou za sprawą trafienia nikogo innego jak bohatera z Amsterdamu, czyli Lucas Moury. Spurs drugi sezon z rzędu cieszyli się awansem do fazy pucharowej Ligi Mistrzów. W 1/8 finału w dwumeczu 4:0 rozprawili się z Borussią Dortmund a szczególnie dobrze tę konfrontację zapamięta Jan Vertonghen, który w pierwszym meczu zanotował jeden z występów życia, rewelacyjnie spisując się na lewej flance defensywy. Podczas losowania par ćwierćfinałowych szczęście nie uśmiechnęło się do Kogutów. Ich przeciwnikiem został Manchester City, notabene z perspektywą rewanżu na wyjeździe. Gorzej być nie mogło, co najwyżej równie źle. Nawet zaskakujące zwycięstwo 1:0 ugrane w pierwszym spotkaniu na ledwo otwartym nowym White Hart Lane, zdawało się mieć charakter lekko pyrrusowy wobec kontuzji Harry’ego Kane’a. Ze scenariusza drugiego meczu najbardziej dumny byłby Alfred Hitchcock. Zaczęło się od totalnego trzęsienia ziemi a potem dramaturgia już tylko rosła. Notabene po stronie Man City czarny dzień mieli Ederson i Aymeric Laporte – gracze, którzy w trakcie całego sezonu sprawiali wrażenie niezawodnych a ich błędy na bramki zamieniał po raz któryś udowadniający swą wartość Son Heung-Min. Ostatecznie minimalny spalony Aguero w doliczonym czasie gry zadecydował, że kibice Tottenhamu mogli definitywnie błogosławić biodro Fernando Llorente. Na koniec drogi był wspomniany półfinał z fantastycznym Ajaksem nadal bez udziału Harry’ego Kane’a…

On jest „magikiem”

„On jest magikiem, ty to wiesz” śpiewają fani Kogutów. On, czyli Mauricio Pochettino. Tak, rzeczywiście on jest magikiem. Argentyńczyk sprawił, że Tottenham przestał być grupą miłych, fajnych chłopców, których i tak pokonasz a jedyne czego pragniesz usłyszeć od szefa przed spotkaniem z nimi to krótkie, proste zdanie: „Chłopaki, to jest Tottenham…” Oj Roy Keane zdecydowanie musiałby zmienić podejście do meczów z Kogutami gdyby wciąż biegał za futbolówką po boiskach angielskiej ekstraklasy.

Wprawdzie w grze Spurs w tym sezonie mniej było intensywności, imponującego pressingu i przyjemnej dla oka piłki niż w kilku ubiegłych latach, ale jest to zrozumiałe przez piętrzące się trudności z jakimi Pochettino musiał zmagać się cały sezon. Tottenham ma na koncie Puchar Zdobywców Pucharów i dwa Puchary UEFA, natomiast do finału najbardziej prestiżowych europejskich rozgrywek awansował po raz pierwszy w swych dziejach, notabene sukces ten osiągnął zwyciężając jakże często w okolicznościach w jakich swych kibiców przyzwyczaił do bolesnych porażek. Uzasadnione jest zatem w tym przypadku stwierdzenie o transformacji mentalności drużyny i to jest największa sztuka jakiej udało się dokonać Pochettino w ciągu pięciu lat szalenie owocnej pracy w północnym Londynie. Na finał Argentyńczyk będzie miał już do dyspozycji Harry’ego Kane’a o którym Andy Robertson powiedział, że ten może przechylić szalę zwycięstwa na korzyść Kogutów, nawet jeśli nie będzie w pełni gotów pod względem fizycznym.

Cud na Anfield i wiecznie drugi Klopp

Liverpool jesienią podczas europejskich wieczorów był niczym Dr. Jekyll and Mr. Hyde. Znakomity u siebie, koszmarny na wyjazdach. Ostatecznie 9 oczek zdobytych na Anfield zapewniło The Reds wyjście z grupy, choć gdyby nie interwencja Alissona Beckera w doliczonym czasie gry ostatniego meczu przeciwko Napoli w sytuacji jeden na jednego z Arkadiuszem Milikiem, nie byłoby później niczego, co dało kibicom z Merseyside tyle powodów do radości i dumy we wiosennej części Ligi Mistrzów. A ta rozpoczęła się wcale nie tak obiecująco –  wszak od bezbramkowego remisu u siebie z Bayernem. Był to akurat okres gdy gracze Liverpoolu wpadli w dołek formy i w ich grze ewidentnie brakowało pary, witalności oraz kreatywności. Stąd upoważnione były obawy przed rewanżem w Bawarii. Liverpool na Allianz Arena rozegrał jednak popisową partię, pełną dojrzałości a gwiazdami wieczoru zostali Virgil van Dijk i Sadio Mane.

W ćwierćfinale The Reds zgodnie z przewidywaniami gładko rozprawili się z FC Porto. Prawdziwy sprawdzian miał nadejść w 1/2 finału, gdzie przeciwnikiem Liverpoolu była Barcelona na tamtym etapie wskazywana przez wielu ekspertów na faworyta do wygrania bieżącej edycji LM. Pierwszy mecz odbywający się w stolicy Katalonii był przedziwny. Liverpool rozgrywał bowiem w większości imponujące zawody, które Barca wygrała 3:0. Wynik ten zupełnie nie oddawał obrazu spotkania, niemniej był doskonały dla Blaugrany i katastrofalny dla The Reds. Gdy jeszcze okazało się, że przyczyny zdrowotne wykluczają z udziału w rewanżu Roberto Firmino i Mohameda Salaha, temat zdawał się być całkowicie zamknięty. Nie dla Juergena Kloppa i jego podopiecznych. Tamta niewytłumaczalna noc na Anfield Road przejdzie do historii piłki nożnej. Liverpool ponownie dokonał niemożliwego, dzięki czemu drugi rok z rzędu znalazł się w finale Champions League.

Finał czyli zmora Juergena Kloppa. Niemiecki trener po raz ósmy doprowadził zespół przez siebie prowadzony do finału ważnych rozgrywek. Z dotychczasowych siedmiu wygrał raptem jeden, ten pierwszy, kiedy jego Borussia Dortmund w decydującym spotkaniu Pucharu Niemiec rozgromiła 5:2 Bayern Monachium. Trzy z finałów przegrał już w roli menadżera Liverpoolu, dwa z finałów przegrał w Lidze Mistrzów. Owa statystyka to w zasadzie jedyna przesłanka przemawiająca na niekorzyść Liverpoolu w prognozach na sobotni wieczór. Poza tym wszelkie argumenty każą upatrywać faworyta w drużynie z miasta Beatlesów. No może jeszcze prócz wynikającego stąd aspektu mentalnego. Na graczach Liverpoolu i Kloppie spoczywać będzie znacznie większa presja. Oni są tymi którzy muszą, ich rywale są tymi, którzy jedynie mogą. Jeśli liverpoolczycy zejdą pokonani z murawy Wanda Metropolitano to mimo wybornej postawy przez prawie cały sezon zostaną zapamiętani jako jego najwięksi przegrani, a Klopp zacznie dorabiać się opinii gościa, który wiecznie kończy jako drugi.

Kto wreszcie wzniesie puchar?

Co do taktyki, Pochettino mając w pamięci lekcję z domowego półfinału przeciwko Ajaksowi raczej powinien postawić na czwórkę w defensywie a nie ustawienie z trójką środkowych obrońców i dwoma wahadłowymi zawodnikami na flankach. Liverpool gra przecież w identycznym schemacie co Ajax. Teoretycznie na środku ataku występuje Roberto Firmino, który swą charakterystyką w dużej mierze przypomina Dusana Tadica i na pewno nie jest klasyczną „9”. Z kolei Sadio Mane i Mohamed Salah pełnią role odwróconych skrzydłowych. David Neres i Hakim Ziyech byli niejako ich odpowiednikami w zestawieniu Ajaksu. Analizując kolejne formacje i pozycje pod względem personalnym, Liverpool na papierze bez cienia wątpliwości jest mocniejszy od Tottenhamu. Właściwie jedyne czego Klopp może zazdrościć Pochettino to, że nie posiada w zespole playmakera z wizją gry Christiana Eriksena, nawet jeśli zaskakująco dobrze w końcówce sezonu spisywał się przesunięty wyżej w pomocy Jordan Henderson.

Juergen Klopp i Mauricio Pochettino – jeśli spojrzeć szerzej na ich pracę – zasługują na miano trenerskich magików jako się rzekło we wstępie tekstu. Szkopuł w tym, że jeden i drugi odpowiednio w Liverpoolu i Tottenhamie pozostają bez trofeum. Jutro późnym wieczorem jeden z nich uniesie w górę puchar w geście triumfu. Jutro też późnym wieczorem Klopp albo Pochettino wciąż będzie bez trofeum w klubie w którym aktualnie pracuje. Liczymy na inny wynik i lepszy spektakl niż w meczu w którym Klopp debiutował na Wyspach jako trener Liverpoolu, a debiutował na White Hart Lane mierząc się z Tottenhamem dowodzonym już wówczas od jakiegoś czasu przez Pochettino. Wtedy skończyło się 0:0. Liczymy na spektakl godny podsumowania tej edycji Ligi Mistrzów – pamiętnej, emocjonującej, pełnej dramaturgii. Z cudem na Anfield, z romantyczną opowieścią o Ajaksie spuentowaną w sposób dramatyczny, który jednocześnie przedłużył aż do finalnego odcinka niesamowity sen kibiców Tottenhamu. Oby była zabawa. Oby się działo. Na szczęście jednego możemy być pewni w stu procentach: ten mecz odbędzie się na boisku, które będzie się znajdowało w tym samym mieście, co trybuny stadionu… przy okazji angielskiego finału pozdrawiamy angielskie poczucie humoru Gary’ego Linekera.

Daniel Cieślik
O Daniel Cieślik 6 artykułów
Jestem pasjonatem piłki nożnej, zwłaszcza tej w wydaniu angielskim. Uwielbiam historię, klimat i otoczkę wokół brytyjskiego futbolu. Jedną z moich ulubionych książek jest "Futbolowa gorączka" Nicka Hornby'ego, znanego fana Arsenalu. Jej przeczytanie pozwala lepiej zrozumieć duszę, umysł i uczucia prawdziwie oddanego piłkarskiego kibica, który jest swego rodzaju szaleńcem.

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*